Nastała nieprzenikniona ciemność. W jednej krótkiej chwili, wszystkie światła zgasły, a wraz z nimi ucichło przyjemne buczenie komputera. Najdłużej świecił się monitor, mój stary, dobry druh nie ma zamiaru mnie opuszczać. Ale wkrótce i on pogrążył się w bolesnym marazmie. Zgasł powoli, z ociąganiem zwężając swój obraz w jeden, wąski pasek. Zostałem sam, sam pośrodku niczego, jak toczący się kamień. Czy to koniec mojego żywota? Co stało się z moimi oczami? To było zupełnie tak, jakby ktoś rzucił na mnie kulę ciemności. Zimna, odległa magia, z samego podziemia WoA. Nawet nie zauważyłem, kiedy mój oddech stał się przyspieszony. Momentalnie na moje czoło wstąpił zimny pot, który drobnymi kroplami, spływał po moim czole, omijając oczy i sunąć dalej w dół, po policzku, aż w końcu skapywał na brudną, lepką podłogę. Wpadłem w panikę, bogowie miejcie mnie w swojej opiece, i pięścią uderzyłem w mój zimny już monitor.
-Włącz się, ty kupo złomu- żałośnie zaskomlałem.- włącz się, do cholery, albo mnie popamiętasz.
Nadal nic. Traciłem już nadzieje, na jego uratowanie. Nie pozostało mi nic innego, jak klasyczny kopniak w peceta. Wymierzyłem go prosto w bok obudowy. Nadal nic. Wtedy wpadłem w dziką furię. Grad ciosów spadł na mojego blaszanego przyjaciela, a ten, jakby nie czując bólu, nie wydał z siebie ani jednego jęku protestu. Po chwili, pieści i stopy, zaczęły mnie bolec od ciągłych uderzeń. Z bólem wróciła do mnie świadomość i zdrowy rozsądek.
-Wybacz, mój najdroższy, ale nie wiem, co się ze mną dzieje- powiedziałem, pocierając obolałe kości dłoni.- To się więcej nie powtórzy. Obiecuję.
Wtedy wpadło mi do głowy najprostsze z możliwych rozwiązań. Prąd. Mogło go przecież zabraknąć. Już nieraz się zdarzało, że elektrownia miała jakieś awarię, czy durnowate testy, mające na celu wkurzyć zwykłych obywateli, takich jak ja. Żeby sprawdzić swoją tezę, wystarczyło wyjrzeć przez okno. Poderwałem się ze swojego siedzenia tak szybko, że aż mnie zamroczyło. Teraz do ciemności dołączyły liczne, kolorowe kropki, które tańczyły w mojej jaźni, próbując mnie zirytować. Parę głębokich oddechów, a te małe tancerki znikną szybciej, niż mob na pierwszym levelu. I tak też się stało.
Jednym ruchem ręki podniosłem żaluzje i z ulgą stwierdziłem, iż jest bezksiężycowa noc. Cieszyłem się tylko przez moment, bo w tej chwili dostrzegłem, żółty blask sączący się z ulicznej latarni. Podniosłem wzrok i zasmuciłem się jeszcze bardziej. W domu naprzeciwko, paliły się wszystkie możliwe światła. Z okien lały się biało-niebieskie promienie energooszczędnych żarówek, oraz ten zmienno kolorowy blask telewizora. O zgrozo, a więc to tylko u nas nie było prądu i tylko my, ja i moja matka, skazani zostaliśmy na wieczne ciemności. Jakież demony mogą być tak okrutne, żeby odbierać nam piękno współczesnej cywilizacji. Który to władca, siedząc na swym tronie, z szyderczym uśmiechem, jedną tylko myślą, wysłał mnie na tą bezkresną równinę zapomnienia? To było jak banicja z ojczystej ziemi Absurdu, prosto w piekielne odmęty Jego Szatańskiej Mości.
Nie wiem, jak długo tak sterczałem i rozpaczałem, ale z osłupienia wyrwał mnie dziwny jęk, dochodzący zza ściany. Czy to Cienie przyszły po mą obolałą duszę?
-Karolu…Proszę, przyjdź do mnie.- Ten głos brzmiał znajomo. To była moja matka, ale jakby odległa o tysiące kilometrów. Jej słowa długo brzmiały echem w mojej głowie, aż zebrałem się na odwagę by jej odpowiedzieć.
-Czego ode mnie chcesz?- Krzyknąłem w ciemność, a mój głos poniósł się po całym domu, a gdy d o mnie wrócił, zdziwiłem się, jak słabo i piskliwie brzmiał.
-Synku…Przyjdź- ledwo wystękała.
Nie wiedziałem co robić. To mógł być podstęp. Jakaś chora intryga, mająca na celu uwięzić moje jestestwo, w otchłani jej pajęczych odnóg. Ale z drugiej strony, jej głos brzmiał tak słabo, chorowicie, jakby zaraz miała odejść z tego świata. Nie, nawet ona nie była w stanie tak dobrze udawać. Jej wołanie (o pomoc?) z całą pewnością musiało być autentyczne i nie miało na celu zrobienia mi krzywdy. Przezwyciężę swoje lęki i pójdę do komnaty mojej matki i stawie jej czoła, niczym prawdziwy wojak, nie lękający się żadnych stworów i bestii.
-Włącz się, ty kupo złomu- żałośnie zaskomlałem.- włącz się, do cholery, albo mnie popamiętasz.
Nadal nic. Traciłem już nadzieje, na jego uratowanie. Nie pozostało mi nic innego, jak klasyczny kopniak w peceta. Wymierzyłem go prosto w bok obudowy. Nadal nic. Wtedy wpadłem w dziką furię. Grad ciosów spadł na mojego blaszanego przyjaciela, a ten, jakby nie czując bólu, nie wydał z siebie ani jednego jęku protestu. Po chwili, pieści i stopy, zaczęły mnie bolec od ciągłych uderzeń. Z bólem wróciła do mnie świadomość i zdrowy rozsądek.
-Wybacz, mój najdroższy, ale nie wiem, co się ze mną dzieje- powiedziałem, pocierając obolałe kości dłoni.- To się więcej nie powtórzy. Obiecuję.
Wtedy wpadło mi do głowy najprostsze z możliwych rozwiązań. Prąd. Mogło go przecież zabraknąć. Już nieraz się zdarzało, że elektrownia miała jakieś awarię, czy durnowate testy, mające na celu wkurzyć zwykłych obywateli, takich jak ja. Żeby sprawdzić swoją tezę, wystarczyło wyjrzeć przez okno. Poderwałem się ze swojego siedzenia tak szybko, że aż mnie zamroczyło. Teraz do ciemności dołączyły liczne, kolorowe kropki, które tańczyły w mojej jaźni, próbując mnie zirytować. Parę głębokich oddechów, a te małe tancerki znikną szybciej, niż mob na pierwszym levelu. I tak też się stało.
Jednym ruchem ręki podniosłem żaluzje i z ulgą stwierdziłem, iż jest bezksiężycowa noc. Cieszyłem się tylko przez moment, bo w tej chwili dostrzegłem, żółty blask sączący się z ulicznej latarni. Podniosłem wzrok i zasmuciłem się jeszcze bardziej. W domu naprzeciwko, paliły się wszystkie możliwe światła. Z okien lały się biało-niebieskie promienie energooszczędnych żarówek, oraz ten zmienno kolorowy blask telewizora. O zgrozo, a więc to tylko u nas nie było prądu i tylko my, ja i moja matka, skazani zostaliśmy na wieczne ciemności. Jakież demony mogą być tak okrutne, żeby odbierać nam piękno współczesnej cywilizacji. Który to władca, siedząc na swym tronie, z szyderczym uśmiechem, jedną tylko myślą, wysłał mnie na tą bezkresną równinę zapomnienia? To było jak banicja z ojczystej ziemi Absurdu, prosto w piekielne odmęty Jego Szatańskiej Mości.
Nie wiem, jak długo tak sterczałem i rozpaczałem, ale z osłupienia wyrwał mnie dziwny jęk, dochodzący zza ściany. Czy to Cienie przyszły po mą obolałą duszę?
-Karolu…Proszę, przyjdź do mnie.- Ten głos brzmiał znajomo. To była moja matka, ale jakby odległa o tysiące kilometrów. Jej słowa długo brzmiały echem w mojej głowie, aż zebrałem się na odwagę by jej odpowiedzieć.
-Czego ode mnie chcesz?- Krzyknąłem w ciemność, a mój głos poniósł się po całym domu, a gdy d o mnie wrócił, zdziwiłem się, jak słabo i piskliwie brzmiał.
-Synku…Przyjdź- ledwo wystękała.
Nie wiedziałem co robić. To mógł być podstęp. Jakaś chora intryga, mająca na celu uwięzić moje jestestwo, w otchłani jej pajęczych odnóg. Ale z drugiej strony, jej głos brzmiał tak słabo, chorowicie, jakby zaraz miała odejść z tego świata. Nie, nawet ona nie była w stanie tak dobrze udawać. Jej wołanie (o pomoc?) z całą pewnością musiało być autentyczne i nie miało na celu zrobienia mi krzywdy. Przezwyciężę swoje lęki i pójdę do komnaty mojej matki i stawie jej czoła, niczym prawdziwy wojak, nie lękający się żadnych stworów i bestii.
Cicho wyszedłem na korytarz i wolno, niemal bezszelestnie, zbliżyłem się do drzwi prowadzących do jej pokoju. Serce waliło mi jak dzwon, a nogi miałem miękkie, jakbym wypił litr rozpuszczalnika, czy też innego świństwa. Chciałem dojrzeć coś przez oszklone drzwi, ale to „okno” było nieregularne i zniekształcało wszystko, co znajdowało się wewnątrz, a tam panowała ciemność. Gęsta i brudna, z tego rodzaju, który wpełza do płuc i dławi swoim ciężarem. Zebrałem całe pokłady odwagi i z ociąganiem złapałem za klamkę. Potem poszło już łatwiej. Niemal jak w transie, otworzyłem bramę do piekła, a szponiaste łapy mroku, złapały mnie za przepoconą koszulę i wciągnęły do środka.
-Jestem, mamo- nie widziałem jej, ale wyczuwałem miejsce, w którym leżała.- Czego ode mnie chcesz?
-Kaolu, nare…cie- Jeszcze nigdy nie słyszałem, aby jej głos był tak słaby. Przeciągała sylaby, co chwile gubiąc niektóre z liter.-Tak dawno nie rozmawiałam z tob…-zaniosła się okropnym kaszlem.- Z tobą w cztery oczy. Teraz, jesteśmy tak…Tak blisko, a jednocześnie daleko. Nie widzę cię, czy ja oślepłam?
-Nie ma prądu, nie ma światła- powiedziałem beznamiętnie, a raczej starałem się tak powiedzieć, bo jak zdałem sobie sprawę potem, kiedy we wspomnieniach przeprowadzałem tą rozmowę, mój głos drżał i zdradzał niepewność, która mną wtedy kierowała.
-Ah, to dlatego jest tak ciemno, a bałam się, że oślepłam. Jestem taka słaba, nie mogę nawet wstać, ale to mi przejdzie, nie bój się, to mi przejdzie.
Bałem się. Bałem się jak cholera, ale nie mogłem jej tego powiedzieć.
-Karolu- kontynuowała.- Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie.
Zamarłem. Ona mówiła coś jeszcze, ale jej słowa nie docierały do mnie przez barierę osłupienia, która stanęła między mną, a moja matką. W myślach ciągle dźwięczały mi jej słowa „Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie”. Ja mam wyjść na zewnątrz, do tego strasznego świata? „Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie, a jak zostaniesz pożarty żywcem, to trudno, jakoś dam sobie radę”. Bogowie, kiedy ja po raz ostatni opuściłem dom? To wspomnienie zatarło się z biegiem lat, ale jego przebłyski docierały do mnie zza mgły zapomnienia. To był środek lata, grałem w piłkę z chłopcami, których imion już nie pamiętam. Strzeliłem wtedy bramkę z rzutu wolnego, a cała drużyna gratulowała mi świetnego podkręcenia piłki. Potem już nigdy więcej nie zawitałem na boisku. Ba, ja już nigdy więcej nie byłem na podwórku. Dlaczego tak się stało? Cholera, nie wiem, ale nie żałuje swojej decyzji. Wtedy byłem nikim, a teraz jestem przywódcą jeden z najwspanialszych gildii WoA. Ale jak mam dowodzić moimipoddanymi, kiedy nie mogę załogować się do świata gry?
-Zrobię to- zaakceptowałem questa.
-Dobrze, cieszę się. Rachunki i pieniądze są na szafce przy drzwiach wyjściowych. Za resztę, która ci zostanie, idź do supermarketu i kup coś do jedzenia.
Odwróciłem się do niej plecami i dziarskim krokiem opuściłem jej komnatę. Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, nie poczułem żadnej ulgi, a przecież wydostałem się z paszczy lwa. Ale to było zrozumiałe, bo z deszczu trafiłem pod rynnę. Musiałem odejść z krainy dobrodziejstw i udać się do najstraszniejszej rzeczywistości, po jakiej kiedykolwiek kroczyła ludzka stopa. Krainy zewnętrzne, jak lubiłem je zwać, to uporządkowany chaos (tak, wiem, to się wyklucza, ale lepszego sformułowania nie sposób znaleźć), gdzie niebezpieczeństwa czyhają za każdym rogiem. Nazwijcie mnie głupcem, ale ja wolę myśleć, że jestem odważny, iż zgodziłem się na tak trudną misje. Ale cel jest szczytny i jeśli mi się powiedzie, to przyniosę spokój mojej krainie na najbliższy miesiąc. Potem będę mógł opowiadać o swojej przygodzie w karczmie Pchli Tyłek, co zapewni mi jeszcze większy szacunek niż dotychczas. A więc w drogę, dzielny wojaku! Niech niosą mnie skrzydła odwagi, a świat będzie składał pokłony u mych stóp. W drogę!
-Jestem, mamo- nie widziałem jej, ale wyczuwałem miejsce, w którym leżała.- Czego ode mnie chcesz?
-Kaolu, nare…cie- Jeszcze nigdy nie słyszałem, aby jej głos był tak słaby. Przeciągała sylaby, co chwile gubiąc niektóre z liter.-Tak dawno nie rozmawiałam z tob…-zaniosła się okropnym kaszlem.- Z tobą w cztery oczy. Teraz, jesteśmy tak…Tak blisko, a jednocześnie daleko. Nie widzę cię, czy ja oślepłam?
-Nie ma prądu, nie ma światła- powiedziałem beznamiętnie, a raczej starałem się tak powiedzieć, bo jak zdałem sobie sprawę potem, kiedy we wspomnieniach przeprowadzałem tą rozmowę, mój głos drżał i zdradzał niepewność, która mną wtedy kierowała.
-Ah, to dlatego jest tak ciemno, a bałam się, że oślepłam. Jestem taka słaba, nie mogę nawet wstać, ale to mi przejdzie, nie bój się, to mi przejdzie.
Bałem się. Bałem się jak cholera, ale nie mogłem jej tego powiedzieć.
-Karolu- kontynuowała.- Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie.
Zamarłem. Ona mówiła coś jeszcze, ale jej słowa nie docierały do mnie przez barierę osłupienia, która stanęła między mną, a moja matką. W myślach ciągle dźwięczały mi jej słowa „Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie”. Ja mam wyjść na zewnątrz, do tego strasznego świata? „Musisz zrobić zakupy i zapłacić rachunki na poczcie, a jak zostaniesz pożarty żywcem, to trudno, jakoś dam sobie radę”. Bogowie, kiedy ja po raz ostatni opuściłem dom? To wspomnienie zatarło się z biegiem lat, ale jego przebłyski docierały do mnie zza mgły zapomnienia. To był środek lata, grałem w piłkę z chłopcami, których imion już nie pamiętam. Strzeliłem wtedy bramkę z rzutu wolnego, a cała drużyna gratulowała mi świetnego podkręcenia piłki. Potem już nigdy więcej nie zawitałem na boisku. Ba, ja już nigdy więcej nie byłem na podwórku. Dlaczego tak się stało? Cholera, nie wiem, ale nie żałuje swojej decyzji. Wtedy byłem nikim, a teraz jestem przywódcą jeden z najwspanialszych gildii WoA. Ale jak mam dowodzić moimipoddanymi, kiedy nie mogę załogować się do świata gry?
-Zrobię to- zaakceptowałem questa.
-Dobrze, cieszę się. Rachunki i pieniądze są na szafce przy drzwiach wyjściowych. Za resztę, która ci zostanie, idź do supermarketu i kup coś do jedzenia.
Odwróciłem się do niej plecami i dziarskim krokiem opuściłem jej komnatę. Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, nie poczułem żadnej ulgi, a przecież wydostałem się z paszczy lwa. Ale to było zrozumiałe, bo z deszczu trafiłem pod rynnę. Musiałem odejść z krainy dobrodziejstw i udać się do najstraszniejszej rzeczywistości, po jakiej kiedykolwiek kroczyła ludzka stopa. Krainy zewnętrzne, jak lubiłem je zwać, to uporządkowany chaos (tak, wiem, to się wyklucza, ale lepszego sformułowania nie sposób znaleźć), gdzie niebezpieczeństwa czyhają za każdym rogiem. Nazwijcie mnie głupcem, ale ja wolę myśleć, że jestem odważny, iż zgodziłem się na tak trudną misje. Ale cel jest szczytny i jeśli mi się powiedzie, to przyniosę spokój mojej krainie na najbliższy miesiąc. Potem będę mógł opowiadać o swojej przygodzie w karczmie Pchli Tyłek, co zapewni mi jeszcze większy szacunek niż dotychczas. A więc w drogę, dzielny wojaku! Niech niosą mnie skrzydła odwagi, a świat będzie składał pokłony u mych stóp. W drogę!
