Alliance Wars    
  Numer 2 - grudzień 2008
Portal | Strona Zinu | Forum | Rekrutacja | Ekipa    
WoW-Opowiadania cz.2
autor: SniperX, kategoria: Inne
III - Gdy wszystko Płonie

Gdy słońce wyszło znad horyzontu nasze nastroje się poprawiły, żyliśmy a od Menethil dzieliły nas tylko godziny, moja kostka nie była w tak złym stanie jak się z początku obawiałem, Kicia sprawnie zrobiła opatrunek, ból odczuwałem tylko kiedy na niej stawałem.
- Hej ho! niech ten karzeł będzie przeklęty, rozwalę mu burdel aż po fundamenty – zaczął śpiewać Dziadek, była to melodia która śpiewają maszerujący żołnierze by zabić czas.
- Ahh! – zapiszczał Mikrus – On zmienia słowa! Robi to specjalnie! – poskarżył się.
Miał racje, Dziadek umyślnie zmieniał słowa by pasowały do Mikrusa, kątem oka dojrzałem uśmiech na twarzach Kici i Śpiocha, po chwili Laluś dołączył do Dziadka, również zmieniając słowa w kolejnej zwrotce, Poranek była zadowolona, takie wygłupy świadczyły o wysokim morale. Śpiewali tak przez godzinę aż im się znudziło. Dojechaliśmy do miejsca w którym planowaliśmy się rozdzielić, nie chcieliśmy wjeżdżać do miasta razem. Najpierw pojechali Dziadek z Lalusiem, mimo sprzeciwów i narzekań Mikrusa. Po godzinie była kolej na mnie i Kicie, potem Mikrus i Szperacz, na końcu Poranek i Śpioch. Może byliśmy zbyt ostrożni ale tak przynajmniej ominiemy niewygodne pytania.
Gdy nastała nasza pora ruszyliśmy z Kicią w stronę Menethil, miasto nie było durzę ale chronione wysokimi murami, gdy tylko zbliżyliśmy się do miasta od razu poczułem zapach ryb, uśmiechnąłem się do Kici mówiąc:
- Nareszcie noc w suchym posłaniu – uśmiechnęła się tylko i kiwnęła głową.
Czasami było mi jej szkoda, odkąd ją znaleźliśmy nie wypowiedziała ani jednego słowa, chociaż Stokrotka z całą pewnością stwierdziła że Kicia umie mówić, to że nie potrafiła wydusić z siebie słowa było skutkiem gwałtów jakie na niej dokonano.
Zbliżyliśmy się do bram portu, czułem wzrok strażników z wierzy strażniczej na sobie, przed bramą stał samotny krasnolud i opierał się leniwie o mór. Nie bardzo rozumiem dlaczego wybudowano tak wielkie mury wokół portowego miasta, miały ponad dziesięć metrów i niezwykle grube. Krasnolud podniósł rękę zatrzymując nas.
-Ktoś cie? – zapytał Krasnolud – I czegosz szukacie w Menethil?
-Szopa, Tadeusz Szopa z Southshore, a to moja córka Gwiazdka, niemowa od dziecka, biedulinka przeżyła masakrę orków od tamtej pory nie mówi – Ćwiczyłem tą regułkę odkąd opuściliśmy resztę drużyny, nie potrzebowaliśmy niepotrzebnej uwagi. Krasnolud splunął.
-Przeklęte bydlęta, starł bym tą zarazę z powierzchni ziemi gdybym miał odpowiednie środki – podniósł rękę i pomachał do ludzi ukrywających się na murach – możecie wjeżdżać. Witajcie w Menethil.
Wjechaliśmy do portu, zapach ryb nasilił się, po ulicach plątali się handlarze, marynarze i cała masa innych ludzi, włączając Kurwy i Alfonsów, chłopaki będą mieć zabawę, nie żeby mnie też nie ciągnęło, ale ja jestem bardziej romantycznym facetem, zwykły stosunek cielesny nie jest w stanie mnie zadowolić. W końcu dotarliśmy do celu, Gospoda „Zwiewna Dama” była średniej klasy dobytkiem, ale oferowała suche posłanie i ciepłą kąpiel, z zewnątrz wyglądała dość pospolicie, z tłumu innych domów wyróżniała się tym że miała wbity w ziemie znak głoszący że to jest gospoda i można się tu napić. Spętaliśmy konie do specjalnie przygotowanej belki i weszliśmy do środka, Laluś i Dziadek siedzieli w kącie, udawali że nie są zainteresowani nami, dwoje marynarzy piło piwo, czy cokolwiek mieli w tych kuflach, przy barze. Za barem stał łysy człowiek, czyszcząc szklanki brudną szmatą.
-Pokój dla mnie i mojej córki Oberżysto, na dworze Dwa konie którym sprzedał by się dach nad głową – Powiedziałem zwracając się do łysego barmana.
Drzwi do kuchni się otworzyły i wpadała z nich Krasnoludzica, mamrocząc coś pod nosem.
-Na bogów, dziecko jak ty wyglądasz? – zwróciła się do Kici – Kąpieli ci trza i coś do jedzenia bo mnie tu omdlejesz jeszcze, chodź, chodź.
Chwyciła rękę Kici i zaciągnęła ją za zaplecze, łysol hukną ręka w drewniany bar
-Zapłacić to będzie czym? – Zapytał patrząc na mnie, wyciągnąłem sakiewkę zza paska i położyłem na barze.
-Na pewno starczy za noc, stajnie, posiłek i kąpiel, jeszcze reszta zostanie – łysol otworzył sakiewkę i popatrzył na jej zawartość, jego mina od razu się zmieniła
-Wybacz panie za moje zachowanie, nie często zdarzają się goście którzy są w stanie zapłacić za usługi – Powiedział i podszedł do drzwi za którymi zniknęła Kicia, krzyknął coś, i po chwili młody chłopak wybiegł zza drzwi – Leś no konie zabierz do stajni, nakarm i wygłaskaj tak by się lśniły, ino szybko. – Chłopak wybiegł na pole – Dobry chłopak, jeno trochę leniwy, cóż cię sprowadza w te stronie panie?
-Interesy, chcemy zakupu przed siewem zrobić, nasion rzepy trochę kupić.
-A farmer, wielu z was na południe się wybiera, normalne o tej porze, posiłek będzie gotowy po zmroku, pokój dla pana i córki, każe młodemu szmaty na środku rozwiesić, by panienka miała odrobinę prywatności.
-Doskonały pomysł – powiedziałem, wiedziałem jednak że ulegnie to zmianie, wszystko było zaplanowane, wiedzieliśmy że karczma posiada wspólną izbę oraz jeden pokój dla kupców, gdy tylko Poranek przejedzie zaproponuje zamianę, ja pójdę do izby a ona do Kupieckiego razem z Kicią.

Po pożarnej kąpieli przyszła pora na kolacje, Kicia wraz z Porankiem siedzieli razem wcinając jakieś sałatki, Szperacz jak zwykle, siedział przy kominku ostrząc swoje sztylety, Śpioch opierał się o bar patrząc tępo na łysego barmana jak ten czyści kufle, Dziadka, Mikrusa i Lalusia nigdzie nie było. Siadłem przy wolnym krześle na wprost kominka i poprosiłem o grzane wino i jakieś mięso. Gospoda na swój sposób była przyjemna, ciepło, sucho i w miarę cicho. Kątem oka zobaczyłem za oknem jakieś poruszenie, pewnie jakiś statek zacumował. Nagły wstrząs od razu zmienił moje podejrzenia, to był atak. Ale czyj??
Śpioch i Szperacz już biegli w stronę drzwi, gdy Śpioch do nich dobiegł, otworzyły się z hukiem do środka, Śpioch przeleciał dwa metry i upadł na podłodze, w drzwiach stał Laluś, ledwo stał na nogach, był zalany w trzy dupy, ale starał się kontaktować, przeleciał wzrokiem po sali, spostrzegł Poranek i podbiegł do niej chwiejnym krokiem.
- Szefowo mamy problem, to Mikrus i Dziadek – wybełkotał – znowu się kłócą
- Kurwa – zaklęła Poranek, Dziadek z Mikrusem od lat prowadzą swoje gierki, zwykle są to wygłupy, kawały i iluzje. Prawdziwy Horror jest wtedy kiedy się upiją, idą na całość, ognie, błyskawice i cała masa przeklętych czarów.
- Kicia, Śpioch zbierajcie rzeczy, Szperacz biegnij przygotować konie, Słoneczko weź zapłać i pomóż Kici. Niestety nie zostaniemy tu dłużej – rozkazała Szpet
Zrobiliśmy jak kazała, Łysy Karczmarz był zdezorientowany, nie mógł pojąć czemu nagle, wszyscy się znamy i czemu opuszczamy, niestety doszedł by do wniosków prędzej czy później i mielibyśmy kłopoty. Dziadek i Mikrus zostają, bez nich misja nie ma sensu, ale nie możemy ich teraz ratować. Gdy byliśmy na ulicy widać było wyraźnie płonące budynki, staraliśmy się trzymać drugiej części miasta, udawaliśmy przerażonych, byliśmy przerażeni. Kolejny wstrząs, matoły się pozabija. Gdy doszliśmy do bramy zatrzymał nas samotny Krasnolud, inni jego koledzy poszli pewnie ratować miasto, z początku nie chciał nas wypuścić, ale nasze krzyki o niebezpieczeństwie z jakim wiąże się pozostanie w mieście w końcu go przekonały. Nie byliśmy sami, naszymi śladami poszło jeszcze co najmniej tuzin kupców. Szybko od nich odłączyliśmy się, byliśmy prawie wszyscy, Ja, Kicia, Poranek, Śpioch, Szperacz i Laluś śpiący na wozie. Zaraz.. skąd my wzięliśmy wóź?? Spytałem oto śpiocha, wyjaśnił że w raz z Porankiem pierwsze co zrobili to kupili wóz. Nie wiem po co on im był potrzebny…
W ciszy ruszyliśmy dalej, nie wiedzieliśmy co się stało z Dziadkiem i Mikrusem, bez nich misja się nie powiedzie. Sami byli sobie winni, ale oni byli braćmi, a braci się nie zostawia, co chwile ktoś spoglądał w stronę miasta, było już ciemno, prószył śnieg mimo to łuna znad miasta była dalej widoczna. Zatrzymaliśmy się i postanowiliśmy rozbić obóz, weszliśmy w głąb lasu nie opodal drogi, by uniknąć ciekawskich oczu i patroli. Przeszliśmy parędziesiąt metrów gdy Szperacz nas zatrzymał i gestem uciszył, Ja i Poranek wyciągnęliśmy miecze, podążając po cichu za szperaczem


-..ciebie ich zgubiliśmy, ty wpierdalający robaki kurduplu – usłyszeliśmy z ogniska oddalonego o niecałe dziesięć metrów.
-Przeze mnie, ty zaropiały padalcu? – drugi głos odpowiedział
-Głuchyś? Czy może tam na dole nie powietrza i twój orzeszek nie otrzymuje wystarczającego powietrza – zagrzmiał znowu pierwszy
-Nie spinaj się tak bo gówno zrobisz – Rozpoznałem ich, to byli Mikrus i Dziadek, jak zwykle się kłócili.
Szept wpadła w obręb światła z wyrazem wściekłości na twarzy
-Jesteście Kurwa martwi – powiedziała – Słoneczko, Szperacz związać ich i zakneblować, jeśli usłyszę jeszcze raz ich głosy to im języki powyrywam.
-Spokojnie szefie, to nie nasza wina! – Krzyknął Mikrus
-Nie wasza? A kto spalił pół miasta i wypędził nas z ciepłych posłań?
Nie protestowali i widać było po nich że jest im wstyd, ale nie wiele brakowało żeby zaczęli obarczać się winą.
-W następnym mieście w jakim się zatrzymamy, przywiąże was do Łuzek i jedyne co dostaniecie to zimna woda – Powiedziała Szpet, i dała znak reszcie by do nas przyszła.
Wyruszyliśmy z samego rana, Na patrol szukający dwóch magów natknęliśmy się tylko raz, na szczęście Dziadek i Mikrus rzucili na nas uroki, wyglądaliśmy jak banda starych kupców. Pozostała droga do Goldshire minęła już bez problemów, i po dwunastu dniach dotarliśmy do ostatniego miasteczka przed Ludzkimi Miastem Stormwind.


IV - U bram miasta

Poranek zarządziła dzień przerwy, nasz kontakt miał przyjechać jutro o świcie, z tego co mi powiedziano, Poranek miała się z nim spotkać i zapoznać go z naszym planem, podobno ma być to jakiś wysoki urzędnik ze Stormwind, szef straży czy cos takiego.
-Szperacz, nie spuszczaj Dziadka i Mikrusa z oczu, jeśli to konieczne zwiąż ich ze sobą liną i zdziel przez łeb gdy zaczną się sprzeczać – powiedziała Poranek, Mikrus i Dziadek udawali urażonych, lecz można było czytać z nich jak z książki, wstydzili się tego co zrobili w Menehil.
Goldshire było małą wioską, jedna oberża, kowal, parę domków i kramów z dobrami, od czasu do czasu rozstawiał się tu cyrk. Wybrałem się na zwiedzanie wraz z Śpiochem i Kicią, lubiłem te dzieciaki, Śpioch był leniwy i często się spóźniał, ale był w początku, Kicia była idealna towarzyszką gdy chciało się pomyśleć. Goldshire leżało na skrzyżowaniu dróg wiodących do Westfall, krainy farmerów, która zaopatrzała Stormwind w żywność, oraz Traktu Handlowego do Leakshire, Darkshire, Boty Bay, w czasach gdy Gnomi Inżynierowie jeszcze nie wymyśleli podziemnej kolejki, był to Trakt którym podążały Karawany na północ, do Ironforge, Dalaranu, Loderonu i Stolicy Elfów, właśnie ze względu uniknięcia niewygodnych pytań podążaliśmy tym szlakiem. Dzień nam zleciał na lenistwie, Mikrus z Dziadkiem pracowali nad czymś u miejskiego kowala, gdy próbowałem tam zajrzeć Szperacz mnie grzecznie wyprosił. Postanowiłem uzupełnić moje zapiski i tak zleciało mi resztę dnia, od kilku dni śnieg już nie padał, ale gdy nastała noc, zima powróciła z nową siłą, zawierucha sprawiła że niemal wszyscy siedzieliśmy w ciasnej izbie popijając grzane wino, brakowało jedynie Dziadka, Mikrusa i Szperacza, którzy dalej siedzieli w kuźni.

Następnego ranka zawierucha ucichła, ale śniegu było po kolana, przyjechał nasz kontakt, nie wyglądał na kogoś ważnego, jego klacz była chuda, a on był owinięty w brudne szmaty.
- To ma być nasz kontakt? – zapytałem, gdy wraz z Lalusiem siedzieliśmy nad kuflem grzanego wina – nie wygląda najlepiej.
- On jest w przebraniu ty debilu – odpowiedział- rozdajesz.
-Hę? – to była jedna z moich błyskotliwych wypowiedzi, często się mi one zdarzały, nie dużo osób z naszej bandy umie pisać bądź czytać, ja umiałem, ale to nie czyniło moich odpowiedzi bardziej wyrafinowanymi.
-No rozdajesz mowie, twoja kolej – Graliśmy w karty, to był nasz sposób w Kompani by zabić czas, nawet gdy wycofywaliśmy się podczas wojny z Orkami, gdy mieliśmy chwile graliśmy żeby uciec od złych myśli.
-To jest Kapitan Straży Królewskiej, nasz plan by nie wypalił gdyby ktoś taki przyszedł oficjalnie z nami pogadać, pomyśl trochę słoneczko – dodał.
Postanowiłem nacisną go trochę, to była moja okazja.
-Nie uważasz że to trochę zbyt ryzykowne? – zapytałem go podstępnie
-No coś ty, my będziemy tylko… - popatrzył na mnie z przymrużonymi oczami – Cwaniak, prawie się wygładem.
Ehh prawie mi się udało. Graliśmy jeszcze godzinę, w końcu Porucznik i Kapitan Straży się pojawili.
-W razie kłopotów nie będę w stanie wam pomóc, będę mieć związane ręce, przynętę już przekazałem waszym czarodzieja.- Powiedział Kapitan, o jaką przynętę mu chodziło?
-Dobra panowie. – Powiedziała Poranek – Jutro ruszamy do Stormwind. Bądźcie gotowi.

O świcie byliśmy już gotowi do drogi, na wozie leżało kilka worków oraz wielki kwadratowy kamień z wgłębieniem na górnej ściance,
-Gdzie Szperacz? – Zapytałem, nie widziałem go od wczoraj, brakowało tylko jego.
- Już w Stormwind, szuka dla nas pokoju. Plan jest taki jak w Menethil, jedziemy parami, Słoneczko z Kicią… - i dalej, tym razem nawet nas nie zatrzymano przy bramie, po prostu wjechaliśmy do środka. Gdy minęliśmy wielkie białe mury miasta stormwind, naszym oczom ukazała się Dolina Bohaterów, uśmiechnąłem się gdy zobaczyłem Kicie wpatrzoną z otwartymi ustami w wielkie posągi Bohaterów, to był pierwszy raz gdy widziała Stormwind. Ja byłem już tu parę razy, ale Dolina Bohaterów zawsze robiła na mnie wrażenie, wielkie białe posągi, każdy bo dwadzieścia, albo i więcej metrów, ułożone wzdłuż mostu prowadzącym do miasta, oj tak, widok zapierał dech w piersiach, w takich chwilach czuło się dumę że jest się człowiekiem.
Jechaliśmy spokojnie zatłumionymi ulicami Stormwind, to nie wyobrażalne ile ludzi może pomieścić takie miasto, nie tylko ludzi, Krasnoludy, Gnomy, Nocne Elfy a nawet Gobliny i Wysokie Elfy, wszyscy przybyli tu w interesach. Na ulicach słychać było wiele różnych języków, sprawiało to niesamowite wrażenie, Kicia cały czas obserwowała wszystko z otwartymi szeroko oczyma i uśmiechem na twarzy. Samo miasto było podzielone na Dzielnice, Dzielnica Magów jak sama wskazywała była miejscem gdzie można było znaleźć wszelkiej maści magiczne mikstury, księgi i inne świecidełka, dalej Dzielnica Klasztorna na której znajdowała się wielka Katedra Stormwind, Dzielnica Handlowa, w której jedyne co można było znaleźć to sklepy, dalej Dzielnica Krasnoludów, nazwana tak dlatego że mieściły się tam kuźnie i warsztaty wszelkiej maści, ostatnią z dzielnic było Stare Miasto, najstarsza i najbardziej niebezpieczna dzielnica Stormwind, pełna była wąskich alejek, kieszonkowców i wszelkiej maści zbirów, tam właśnie planowaliśmy się zatrzymać. Gdy zbliżyliśmy się do Starego Miasta śnieg zaczął leniwie prószyć, zatrzymaliśmy się na kamiennym mostku nad kanałami, mieliśmy tu czekać na szperacza. I oto on, pojawił się w jednej z alejek Starego Miasta i pomału zbliżył się do nas.
-Znalazłem dobre miejsce – powiedział podchodząc – chodźcie za mną.
Ruszyliśmy za nim z nadzieją na ciepłe miejsce by się ogrzać, dotarliśmy do dość sporawego placu, prawdopodobnie służył mieszkańcom Starego Miasta za jarmark, podeszliśmy do jednego z wejść do budynku nieopodal, szperacz gestem zaprosił nas do środka. Nasze lokum mieściło się na drugim piętrze, w środku były trzy pokoje, dwa mniejsze i jeden większy, w większym palił się kominek. Okna dużego pomieszczenia wychodziły na rynek, można było stąd zobaczyć wszystkie wejścia. Nie wiedziałem czy lokacja jest dobra czy nie, skąd kurwa miałem wiedzieć? Jak nikt nic mi nie chce powiedzieć. Nienawidzę was, słyszycie? Nienawidzę, któregoś dnia ktoś przeczyta te zapiski i zrozumie jakimi skurwielami byliście.

Ciąg dalszy nastąpi ...