Alliance Wars    
  Numer 7 - wrzesień 2009
Portal | Strona Zinu | Forum | Rekrutacja | Ekipa    
Requiem Bloodymare
autor: Kruk, kategoria: Recenzje
"Przeze mnie droga
w miasto utrapienia
Przeze mnie droga
w wiekuiste męki
Przeze mnie droga
w naród zatracenia
Jam dzieło wielkiej
sprawiedliwej ręki
Wzniosła mię z gruntu
Potęga wszechwładna
Mądrość najwyższa
Miłość pierworodna
Starsze ode mnie twory
nie istnieją
Chyba wieczyste
a jam niepożyta
Ty, który wchodzisz
żegnaj się z nadzieją..."

Dante Alighieri

Rzadko kiedy twórcom darmowych MMO udaje się zrobić coś, co ma w sobie powiew świeżości. Coś, co zapada graczom głęboko w pamięć i nie pozwala się oderwać od monitora na długie godziny. Studio Gravity jednak postanowiło cokolwiek w tym kierunku poczynić. Stworzyli grę odrzucając standardowe archetypy cechujące typową grę MMO. Sięgnęli nie po zwykłe fantasy, a o dziwo, postanowili rzucić graczy na całkiem nowe wody… A mianowicie stworzyli grę łączącą w sobie elementy dark fantasy i horroru.

Obrazek
Requiem Bloodymare

Welcome in hell … or in Ethergia?

Ethergia była kiedyś żyzną, piękną krainą, można rzec mlekiem i miodem płynącą. Jednak ciągłe konflikty, wojny i intrygi zamieniły ją w ruinę, zaś rozwój technologiczny (który jak wiadomo podczas wojny jest wielce pożądany), poszedł o jakąś epokę za daleko… Oczywiście, nie mogło się obejść bez wielkiej globalnej katastrofy na miarę wojny atomowej, czy stworzenia Windowsa .
Całą Ethergię pochłonęła tzw. „Tragedia Thanatosa”, która zmiotła połowę ras a niedobitków, rozrzuciła na najdalsze zakątki kontynentu. Myślicie, że to był koniec? Jak wiadomo, koniec jest zawsze początkiem… a dla mieszkańców Ethergii, ów początek do najmilszych nie należał. Fauna i flora uległy dosyć poważnym zmianom przez co w dzikich ostępach można spotkać zmutowane zwierzęta i rośliny, gotowe zjeść żywcem każdego śmiałka, który odważy się ruszyć w nieznane.
Obrazek
Requiem Bloodymare

Cztery rasy … czyli socjopaci , szaleńcy i inni zwyrodnialcy…

Na początku gracz tworzy postać, wybierając z czterech dostępnych ras. Jedynych, które przeżyły katastrofę i były na tyle sprytne, by móc przeżyć w świecie, który lubuje się w rozrywaniu na strzępy żywych istot. Pierwszą z nich jest Turan – czyli standardowi ludzie, którzy jednak nie do końca ludzi przypominają (cóż, przynajmniej moja postać do końca człowieka nie przypominała). Drugą są niezwykle silni i brutalni Bartukowie, wyglądający mniej więcej jak orkowie, chociaż kolce na plecach mocno zaprzeczają ich orkijskiemu rodowodowi. Kolejną rasą (i chyba najczęściej wybieraną przez graczy) są „wykręceni” Kruxena – okrutni, szybcy, precyzyjni i morderczy, idealni zabójcy. Ich wygląd, najbardziej przeraża ze wszystkich ras, bo jakże nie przestraszyć się czegoś, co ma jedną rękę większą od drugiej (przy czym ta ręka jest niesamowicie zmutowana) i porusza się na wykrzywionych, zwinnych nogach (również zmutowanych). Swoją drogą można ich nazwać połączeniem Dark Elfów z wizjami H. R. Gigera (do którego jeszcze powrócę w dalszych częściach recenzji).
„Najświeższą” rasą są okrutnie egoistyczni Xenoa – znienawidzeni przez pozostałe rasy. To elfy, posługujące się nowoczesną technologią i jako jedyni mający dostęp do np. wyrzutni rakiet. Są wysoce inteligentni i mają sporą wiedzę magiczną… W wyglądzie zaś ich… no cóż … ekscentryzm czasami ma swoje granice, a u nich ta granica została przekroczona, gdyż każdy z nich wygląda jak wariat z tęczą na głowie.
Każda rasa po osiągnięciu dziesiątego poziomu ma dostęp do dwóch klas postaci, pozwalających w dalszej części gry na wybranie bardziej konkretnej specjalizacji. Z czego w każdej rasie, owa ścieżki inaczej wyglądają – np. Turan może zostać Defenderem lub Tempestem, czyli odpowiednikami wojownika i maga, zaś Kruxena ma do wyboru Roguea i Soul Huntera. Czyli widać, że panowie z Gravity, postarali się, by nasz psychopata był stworzony tak, by gra nim nam jak najbardziej pasowała.
Obrazek
Requiem Bloodymare

Krwisty befsztyk

Grafika w Requiem stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nic dziwnego – całość napędza, znany wszystkim graczom, silnik Havok.
Dzięki któremu widzimy, takie smaczki jak, rozcinanie na kawałki przeciwników, przy czym części ich ciał lecą na wszystkie strony. Krwi przy tym jest mnóstwo, dlatego też gra dostała znany znaczek PEGI + 18, czyli zapomnijcie o nim dzieci i idźcie oglądać wieczorynkę w TVP 1.
Modele postaci są wykonane bezbłędnie, nawet customizacja pozwala na stworzenie sobie postaci, która nie będzie wyglądała na fircyka tylko kogoś, kto naprawdę ma nie po kolei w głowie. Zbroje, broń i najróżniejsze przedmioty są wykonane w duchu steampunkowym. Największym atutem gry są jednak najróżniejszej maści przeciwnicy – w przeciwieństwie do wielu mi znanych MMORPG, w Requiem można spotkać potwory, które naprawdę wystraszą. Najbardziej zapadł mi w pamięci ślimak, o kolorze surowego mięsa, z którego czarnej muszli, wyłaniała się ludzka głowa z grymasem bólu lub wściekłości.
Teraz trochę popsioczę – otóż można powiedzieć, że krajobrazy w grze nie są zbyt ładne, monotonne, można nawet rzec brzydkie. Woda nie ma tego poblasku, trawa wygląda nienaturalnie – jedynie drzewa są jakby wyciągnięte z „Jeźdźca bez głowy” Burtona. Jednak po dłuższym czasie pogrywania człowiek stwierdza: „Ej, to nie jest jakiś pedałkowaty LOTR … to horror, a w horrorze musi być taki krajobraz” . I rzeczywiście – pomimo brzydoty krajobraz Ethergii ciągle jest osnuty mgłą, ciągle jest ciemno, a człowiek zaczyna się pocić ze strachu, gdy nadchodzi pora koszmarów…
Obrazek
Requiem Bloodymare

Dodatkowo przygnębia muzyka – typowy ambient, który potęguje narastające uczucie osamotnienia na szlaku, i tego, że gdzieś tam, może czaić się zło, które chce nam zrobić wiele brzydkich rzeczy. Pod tymi względami, Requiem przypomina trochę Silent Hill, brakuje jeszcze latarki, piły motorowej i dziwnych pielęgniarek, ale i bez tego, można się przecież obyć.

Walka jest mocnym atutem gry – jak już pisałem – przede wszystkim dynamiczna i krwista, i tu wchodzi patent wyciągnięty z gry The Suffering (ktoś pamięta Torque i jego przygody w więzieniu i w Baltimore?). Otóż postacie krwawią – i to widać za każdym razem, gdy nasza postać lub postać wroga, ma coraz mniejszy pasek zdrowia – jucha pokrywa całe ciało, a jak nasza lub wroga postać ginie, to ginie w kawałkach lub pada w konwulsjach na glebę.
Obrazek
Requiem Bloodymare


„Uuuuueeeeeeeee”
- duch z filmu „ The Grudge”


Requiem Bloodmare jest grą, w której położono nacisk przede wszystkim na walki PvP, i to nie byle jakie. W bitwach, w których może uczestniczyć nawet do 100 graczy, warto brać udział oczywiście ze względu na nagrody dla swojej postaci (wszyscy starzy wyżeracze wiedzą o co chodzi). Nie ma tutaj oczywiście typowych instancji – jest za to coś, co może być uważane – a mianowicie, zwie się to porą koszmarów, trwającą od godziny 0.00 do godziny 02.00 czasu gry. Wtedy wszystko ciemnieje i z mgły wyłaniają się tytułowe koszmary, które pełnią rolę tzw. epic stworów - czyli wiadomo – lepszy loot, więcej kasy, ciężej ubić.
Zaczynając, można się trochę zawieść na sterowaniu, bo Requiem czerpie garściami z WoWa i L2, jeśli chodzi o mechanikę gry. Tak samo jest z questami – stare i nie jare: przynieś, podaj, pozamiataj, chociaż i tutaj zdarzają się wyjątki jak odprowadzenie małej dziewczynki do wioski i chronienie jej przed tabunem potworów .
Kolejną rewolucją w grze jest motyw przemiany (kolejne zapożyczenie z The Suffering) w bestię. Otóż, jest możliwość zmiany swojego DNA – możemy być szybsi, silniejsi, lepiej posługiwać się tarczą lub czarami, mieć więcej HP… ale od pewnego poziomu możliwa jest przemiana w potwora o wiele gorszego i straszniejszego niż te, z którymi walczymy, a sama przemiana, muszę przyznać, robi na mnie wrażenie. W tej kwestii Nietzche się nie mylił: „Kto poluje na potwory sam się nim staje”. Przypomnijcie sobie te słowa jak zagłębicie się w Ethergię i zobaczycie, jak wasz psychol zamienia się w żądne krwi monstrum.
Obrazek
Requiem Bloodymare

At the end …

Więc tak, oto zaprezentowałem Wam, jedyny na rynku horror dark fantasy MMORPG, który przypomina bardziej dantejskie piekło, niźli typową krainę do eksploatacji. Może Wam się ona znużyć – przyznam bez bicia. Może Wam nie odpowiadać ciężki klimat, narastająca groza. Może Wam się nie spodobać grafika, czemu też nie zaprzeczam. Jednakże osobiście zachęcam wszystkich fanów horrorów do spróbowania swoich sił, jako bohater jednej z czterech ras popaprańców, jakich żaden świat MMO nie widział. Cóż mogę jeszcze rzec…

Wiem! See you in hell… 