Alliance Wars    
  Numer 9 - grudzień 2009
Portal | Strona Zinu | Forum | Rekrutacja | Ekipa    
Opowiadanie Dzień z życia smoka: Świt
autor: Michał \'Zarus\' Lamczyk, kategoria: Temat numeru
Zapraszamy do zapoznania się z pozostałymi materiałami powiązanymi z RedDragon. A tymi że materiałami są:
-Recenzja RedDragon
-Historia RedDragon
-Wszystkie wady RedDragona
-Z pamiętnika imperatora
-Dwudziesty pierwszy wiek
Szkarłatna tarcza słońca wyłania się zza wzgórz. Brzegi ciemnych, burzowych obłoków zdają się kapać od krwi. Ogromny cień mknie przez przestworza. Łopot pokrytych łuską skrzydeł rozgania chmury. Wyostrzone zmysły -- węch, słuch, wzrok, powonienie -- dostarczają wrażeń niemożliwych do ogarnięcia przez żadnego człowieka. Powietrze pachnie deszczem i magią. Żywe stworzenia, daleko w dole, pierzchają w popłochu, targane pierwotną trwogą. Strachem przed starożytną potęgą, która wypełnia płuca wielkiego jaszczura, zdolnego dla kaprysu wyzwolić ją jednym, zwyczajnym tchnieniem. Nawet drzewa, jakby świadome wiszącego nad nimi zagrożenia, odwracają liście od rudej poświaty i żaru, jaki leje się z nieba.
Smok, dumny i majestatyczny, przygląda się jak ostatni skrawek słońca znika w pełnej grzmotów paszczy, po czym nurkuje prosto ku sercu burzy. Ciemność wiruje wraz z huraganowym wichrem. Błyskawice uderzają raz po raz, rysując niesamowita pajęczynę światła i cienia. Tkają rażące ślepia symbole. Ryk gada miesza się z hukiem żywiołów, aż w końcu niknie w pojedynczym rozbłysku mocy.
Świadomość wraca boleśnie powoli, jak po trwającym całe wieki śnie. Przypomina wir noży szalejący pod powiekami, w głębinie umysłu. Ognioząb, jeszcze na pograniczu jawy, słyszysz brzęczenie owadów. Nieprzyjemny, zgrzytliwy chór. Nagle coś kłuje go w bok. Zdumiony smok w jednej chwili otwiera płomienne ślepia. Zwoje ogromnych mięśni wprawiają w ruch wielotonowe kości, kolos próbuje powstać i upada. Cóż to? Czyżby zwalił na siebie górski szczyt? Napastliwy pomruk setek skrzydełek wzrasta, wywołując grymas złości na podłużnym pysku. Rogata głowa obraca się na wężowej szyi.
Coś pękło z przeciągłym zgrzytem.
Zaskoczony Ognioząb wlepił wzrok w stalową sieć, która przygniatała mu skrzydła do grzbietu. Setki łańcuchów, gęsto splecionych i obciążonych wielkimi ciężarami, znacząco ograniczały swobodę ruchów, nie wspominając o oderwaniu się od ziemi. Władca przestworzy stał się pełzającym żółwiem. Coraz bardziej wściekły, objął spojrzeniem ogromną przestrzeń komnaty. Jej ściany, podłogę i sufit szpeciły niezliczone szczerby oraz wypalone bruzdy, oczywiste pamiątki po smoczych pazurach i ognistym oddechu. Centralny punkt pomieszczenia zajmował błyszczący portal. Wymyślną ramę, kutą z niezwykłego, srebrzystego metalu, wypełniało granatowe lśnienie, hipnotyzujące, przywabiające do siebie... Podobne do wiru wewnątrz burzy. Ognioząb zrozumiał nagle, że został podstępnie sprowadzony do tego miejsca i zakuty w kajdany. On, czerwony jaszczur, najpotężniejsze spośród wszystkich stworzeń wysp Cienia! Z nozdrzy buchnął dym, a rozwarta paszcza zionęła huczącym potokiem płomieni. Komnata zamieniła się w przedsionek piekieł. Wtedy pojawił się ból, przerażające zimno szarpiące unieruchomione skrzydła i boki. Oszalały smok otoczył się ognistą zasłoną, ale to jedynie spotęgowało cierpienie. Jednocześnie zdało mu się, że usłyszał głos nakazujący zaprzestanie walki. Odległe echo, ledwo przebijające się przez ryk pożogi. Ból stępił gniew, złamał jego ostrze. Ognioząb zamknął paszczę. Tortura skończyła się niemal natychmiast. Nadal gotów wybuchnąć, poszukał źródła rozkazu. Jakież było jego zdumienie, gdy zamiast spodziewanego przedstawiciela własnego gatunku, jakiegoś obłąkanego gada, ujrzał maleńką figurkę unoszącą się naprzeciwko pyska. Wywęszył odór rozkładu i środków konserwujących, dostrzegł siną skórę i płaty odpadających mięsni, szkieletowe ciało obleczone postrzępionym całunem. Słyszał o ożywieńcach, ludziach, którzy oszukali śmierć, ale pierwszy raz widział jakiegoś na własne oczy. Ten tu musiał być magiem, i to potężnym, skoro nietknięty przetrwał szał smoczego oddechu. Kościste palce zaciskał na księdze tak starej, że Ognioząb poczuł się ledwie pisklęciem.
- Rozumiesz. To dobrze dla ciebie -- wskrzeszony trup wykrzywił poczerniałe wargi w coś na kształt upiornego uśmiechu -- Od tej chwili, gdy zostałeś zwabiony przez magię portalu, będziesz służył mi aż po kres swego żywota. Czy wyraziłem się dostatecznie jasno?
Wielka jak wrota zamku paszcza niemal połknęła bezczelnego robaka. Niemal, ponieważ powstrzymał ja nawrót potwornych męczarni. Zęby zgrzytnęły ogłuszająco.
- Cóż, trafiła nam się oporna sztuka -- rzężenie z głębi przegnitego gardła, najwidoczniej mające imitować złośliwy chichot -- Jak brzmi twe imię, gadzie?
- Ognioząb -- miano smoka wymówiło się samo, strzelając płomieniem z pyska.
- Typowe. Takie obrazowe. Od dziś -- ożywieniec zerknął na wyciągnięty z szat pergamin -- Od dziś będziesz figurujesz jako Czerwony Pięć. Gdybyś miał co do tego wątpliwości: tak, jesteś piątym gadem zwabionym w nasze ręce. Zabrać go do smokodrapu -- rzucił gdzieś w przestrzeń.
Ognioząb, duszący się z żądzy odwetu i niszczenia, dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że może się w miarę swobodnie poruszać. Ktoś odciążył krępującą skrzydła sieć. Zmierzając do wyjścia z komnaty, jaszczur mógł przyjrzeć się swym katom i strażnikom jednocześnie. Mrowie ludzików krzątało się wokół jego cielska, dzierżąc śmierdzące krwią trójzęby. Nosili długie do ziemi fartuchy i czepce z czerwonego materiału. Nie, to nie zwykły materiał, tylko smocza łuska. Oczy chronili za poczerniałymi goglami. Byli jak insekty i ich głosy rzeczywiście przypominały brzęczenie robactwa, lecz mimo tego nie wykazywali ani krzty respektu czy też świadomości własnej mizerności wobec więźnia. Pewni swej magii, pokierowali wielkiego gada na zewnątrz, pod niebo zasnute dziwnym cieniem. Wokół wznosiły się włości martwych, choć bez trudu można było dostrzec wśród nich rzeszę bladych, żywych ludzi, którzy najwyraźniej nie byli niewolnikami. Obojętni na pochód, jakby złapanie smoka stanowiło najbardziej zwyczajną rzecz pod słońcem, nawet nie przerwali swej pracy. Coraz bardziej zdezorientowany Ognioząb dał się zaprowadzić pod ogromną konstrukcję. Kratownica z prętów grubości rosłych drzew opadła przy akompaniamencie piskliwego skrzeczenia i łoskotu ukrytych mechanizmów. Został sam, zamknięty w ogromnej zagrodzie, jak jakiś udomowiony zwierzak. Upokorzony, upodlony i skrępowany, splunął palącą bezsilnością.
Mijały dni, a Ognioząb widział coraz więcej swych braci i sióstr wziętych w niewolę, prowadzonych do sąsiednich smokodrapów. Karmiono go i pojono, by nie stracił sił, a on już wiedział, co ma się z nimi stać. Zapisano im los bojowych bestii, żywych maszyn oblężniczych, które miały wspomóc martwe wojska ożywieńców.
Kilka razy próbował się wyrwać na wolność, ale zaklęte kraty więzienia nie poddały się ani jego sile, ani wypełniającym płuca płomieniom. Pielęgnował więc rosnący w sobie ogień złości i beznadziei. Mógł czekać. Wszystko, co stworzyli ludzie niszczyły czas, pycha i głupota. Ożywieńcy wcale tak bardzo nie różnili się od żywych, z których powstali. Przyjdzie dzień pomsty. A wtedy... Ognioząb uśmiechnął się tak paskudnie, jak potrafią jedynie smoki.
Napastliwe bzyczenie wyrwało go z niespokojnego snu.
- Czerwony Jeden do Pięćdziesiąt, wyprowadzać! Pójdą do szturmu razem ze Żniwiarzami. Szybciej, albo rzucę was na pożarcie cmentarnym ścierwojadom. Ciepłokrwista chołota...
Kraty smokodrapu uniosły się na pełną wysokość. Przez wejście wsypała się gromada poskramiaczy, oblepiła go niby stado mrówek. Cierpliwie czekał. Wreszcie łańcuchy opadły, uwalniając go od jarzma martwych. Pierś wypełnił mu ryk, gdy wyszedł na zewnątrz, rozprostowując zdrętwiałe skrzydła. Pragnął spopielić świat w jednym, bezkresnym oddechu, pozostawić nagą ziemię, puste niebo i popioły na pastwę wiatru. Zerwał się do lotu i dołączył do innych jaszczurów wypełniających nieboskłon. Setki smoków, prawdziwa, pierwotna potęga. Mimo tego, spętane zaklęciami, co do jednego posłusznie dołączyły do poszczególnych oddziałów. Również Czerwony Pięć, -- dlaczego gdzieś na rubieżach myśli kołatało się imię: Ognioząb? Co znaczyło? -- Podążył za falangą Ponurych Żniwiarzy, wprost na skraj Cienia, gdzie za półprzejrzystą ścianą piętrzyły się fortyfikacje sąsiedniej wyspy. Jedno uderzenie skrzydeł przerzuciło go na druga stronę, przez zimną, niematerialną granicę dwóch królestw. Cały gniew, morze wściekłości, rozgoryczenia i niemocy, wylały się z niego niczym oczyszczająca fala zagłady. Szybował nad polem bitwy i niszczył, niszczył wszystko na swej drodze. Sierpowate szpony kruszyły wieże i baszty, uderzeniem ogona obalał mury, każdy oddech niósł śmierć obrońcom. Łuna zakrwawiła chmury. Ryk smoków kontrastował z martwą ciszą ożywionych żołnierzy. Moździerze strzelały nieprzerwanie, zabijając część jaszczurów morderczymi odłamkami, oślepiając i rwąc błony skrzydeł, ale było ich zbyt mało. Gdy nadszedł mentalny rozkaz, Czerwony Pięć posłusznie wycofał się z bitwy, nasycony widokiem ruin i popiołów. Tej nocy nic nie przerwało mu snu. Zadowolenie przegoniło koszmary. Zadowolenie z dobrze wykonanej woli rozkładających się panów.
Ofensywa trwała. Szturm za szturmem ożywieńcy wydzierali coraz więcej ziemi krasnoludom, przesuwając granicę Cienia w głąb wrogiego królestwa. Smoki ginęły od ostrzały moździerzy oraz wrogiej magii, a ich martwi władcy bez wahania słali je na śmierć. Czerwony Pięć właśnie wygrzebywał się z pogorzeliska, gdy ujrzał samotną postać, brnącą ku niemu przez zgliszcza. Pokryty bliznami krasnolud sam wyglądał jak chodząca ruina. Resztki rudej niegdyś brody tliły się na końcówkach. Nadpalona zbroja z czerwony łusek wisiała w strzępach. Jedno oko gorało nienawiścią, zamiast drugiego widniał pusty oczodół. Jego topór cuchnął smoczą śmiercią. Jaszczur zerwał się do lotu, lecz nagle coś rozerwało mu skrzydła. Wrząca posoka spadła niczym deszcz. Załogi ukrytych moździerzy wrzasnęły z uciechy. Czerwony Pięć przycisnął bezużyteczne kikuty do boków i ruszył wężowym sposobem. Zniszczony weteran czekał, nieludzko spokojny. Smok wyrósł nad nim niczym góra, rozpędzona i gotowa zmiażdżyć wszelki opór. Zaślepiony chęcią zabicia brodatej pluskwy za jej arogancję, wpadł prosto w zastawione sidła. Gdy wtargnął przez resztki bramy, za którą oczekiwał krasnolud, nadwyrężone ściany nie wytrzymały i pękły. Lawina gruzów odbiła się od opancerzonego grzbietu, pociągając za sobą ogromną kratę. Dziesiątki ton zaklętej stali przygniotły wielkie cielsko, gruchocząc kości i krusząc łuski. Konający Czerwony Pięć spotkał swą śmierć w szczątkach smokodrapu. Miała twarz jednookiego, kalekiego generała, który wspiął się na smoczy łeb i podszedł do przymrużonego oka. Jego chrapliwy głos dochodził z bardzo daleka.
- Zdychaj, plugawa bestio. Nie chcę znać twego imienia. Gardzę nim. Wiedz jednak, z czyjej ręki giniesz -- wzniósł topór nad głowę -- Jam jest Benderg Ognistobrody ze Skalnostu. Zabójca smoków. Zapamiętaj to miano. Jesteś piątym ubitym przeze mnie dziś sukinsynem.
Błysnęło żelazo. Zapadł wieczysty zmrok.

Benderg splunął i wyrwał toporzysko ze smoczej źrenicy. Ahh, cóż za cudowne uczucie. Aż chce się żyć, mimo szarpiącego blizny bólu, mimo nocnych koszmarów, mimo potworności wojny, jakie widziało jego ocalałe oko. Już chciał się zabierać za wyrywanie zębów bestii, kiedy poczuł szarpnięcie za ramię. Od czasu Skalnostu niezbyt dobrze słyszał, ale wystarczył mu kierunek wskazany przez członka oddziału. Przez pogorzelisko ciągnęli Ponurzy Żniwiarze. Doskonale widział czarne napierśniki i błyszczące krwawo kosy. To nie było warte durnego trofeum. Kazał się wycofać. Wszak wiele gadzin czeka na strącenie z nieba. Ta nie jest ani pierwsza, ani ostatnia. Oby tylko dożył następnej bitwy...
Zmierzch.
Pustkę wypełnił mróz. Wszechogarniający, niemożliwy do opisania, trzeszczący ogłuszająco. Rozpełzł się po kościach, skuł szpik lodem. Zalągł się w klatce żebrowej, jak kula zimnego, sinego blasku, który promieniował na cały szkielet, od końca ogona po rogatą czaszkę, gdzie zastąpił mrok oczodołów trupim światłem. Owe niemrugające ślepia przejrzały, a pierwszym, co zobaczyły na początku nieżycia była ginąca pośród cieni sylwetka. Kościej nosił ta samą zbroję, co za życia, z dziurą ziejącą na piersi, w miejscu, gdzie zagłębiło się ostrze złamanego teraz miecza. Z naramienników spływał płaszcz uszyty z własnoręcznie oddartej od szarych kości skóry. Szponiaste palce trzymały kryształ pulsujący nekromantyczną energią. Ożywieniec recytował zaklęcia z nadgnitych kart spleśniałej księgi. Każdy odczytany werset wlewał nową moc w rozkładające się truchło smoka, aż wreszcie rytuał dobiegł końca, a szkielet został dokładnie oczyszczony ze zbędnego mięsa.
- Ofiaruję ci nową egzystencję. Obudź się i leć, ku rozpaczy żywych.
Drakolicz powstał, gotów do wiecznej służby. Do czasu, gdy rozpadnie się w proch, niepotrzebny swym panom, i rozproszy się na stęchłym wietrze śmierci. Towarzyszył mu cień wspomnienia. Szeptał:
"Jam jest Benderg Ognistobrody ze Skalnostu. Zabójca smoków. Zapamiętaj to miano..."