Alliance Wars    
  Numer 9 - grudzień 2009
Portal | Strona Zinu | Forum | Rekrutacja | Ekipa    
Opowiadanie World of Absurd cz.2
autor: Dzz, kategoria: Inne
Pierwszą część opowiadania znajdziecie w uprzednim numerze.
Obudziłem się o świcie. Pierwsze promienie słońca zalały me oczy, które zaczęły piec boleśnie. Błyskawicznym ruchem ręki złapałem za sznurek dyndający obok mej głowy i szybko pociągnąłem go w dół. Żaluzje opadły wolno i bezgłośnie. Mrok. Przyszło mi w nim żyć i pewnie w nim umrę. Jest częścią mojej egzystencji już od najmłodszych lat. Dziś mam trzydzieści cztery wiosen i nadal się w nim pławię. Tańczę w promieniach ciemności, tak jak zwykli ludzie robią to w świetle słońca. Moje oczy są w stanie znieść jedynie blask księżyca oraz monitora od komputera.

Podrapałem się po moim parodniowym zaroście. Swędziało jak cholera. Wcześniej jakoś nie miałem czasu się nim zająć. Lecz teraz, gdy mój PC pobierał najnowsze łatki do World of Absurd stwierdziłem, że czas zrobić z tym porządek. Kto wie, kiedy znowu nastąpi taka okazja? Może za tydzień, może za dwa? Spojrzałem na niebieski pasek, który wolno przesuwał się do przodu. Liczba obok mówiła 98.6%. Przy moim łączu 4mb/s dojście do 100% zajmie tylko pięć minut. Mam mało czasu. Czy się wyrobie? 98.7%. Cholera, jak wiele sekund zmarnowałem na podjęcie decyzji. Nie, nie zdarzę się ogolić.
A jednak postanowiłem to zrobić. Jestem ryzykantem. Nie na darmo nabiłem maksymalny level w dwie noce. Zerwałem się z krzesła i biegiem rzuciłem się do drzwi. Po drodze potknąłem się o stertę „czegoś” i upadłem. Nie wiem, co to było. Wynoszenie śmieci jest nieopłacalne. Wszystko więc składuję na jedną kupę, która teraz urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Kartony po pizzy, talerze, szklanki, papierki, ciuchy (już ich nie noszę), butelki, puszki ( redbull) i inny stuff zalegał w pokoju. Zanotowałem w mózgu, że przy następnym updtejcie gry, muszę to wszystko wyrzucić.
Podniosłem się na nogi i ponownie ruszyłem w kierunku drzwi. Nacisnąłem klamkę i cicho wychynąłem na zewnątrz. Na korytarzu było pusto. Mama jeszcze spała, a ojciec już dawno zmarł. Na łożu śmierci powiedział mi: „Synu, dbaj o matkę”. Dlatego też nie wyprowadziłem się z rodzinnego gniazda. Zostałem w domu, żeby być przy niej. Mogłem przecież iść na studia i zadbać o wykształcenie. Gdybym tak zrobił, to dziś pewnie byłbym jakąś wielką rybą. Ale ja mam serce i nie w głowie mi takie płaskie, plastikowe życie.
Napomniałem się na tym, że ponownie tracę cenne milisekundy na niepotrzebnych rozmyślaniach. Łazienka była tuż tuż. Uruchomiłem tryb skradania. Bardzo cicho i wolno przemknąłem pod sypialnią rodzicielki. Pięć metrów dalej znajdowała się toaleta, a tam pianka do golenia i moja maszynka Xtreame 3. Jeszcze parę kroków i udało się! Pierwsza część zadania wykonana. Przekręciłem klucz w zamku i zabrałem się do porannej toalety. Wszystko robiłem po ciemku, więc nie miałem pewności, że się nie zatnę albo co gorsza, zranię w opuszkę palca. Jeszcze parę ruchów… i gotowe! Resztkę białej mazi zmyłem zimną wodą. Poczułem pieczenie w paru miejscach, co świadczyło o tym, że krwawię. Zignorowałem ból i postanowiłem czym prędzej wrócić do własnego pokoju. Przed wyjściem z toalety omiotłem pomieszczenie wzrokiem. Kibel. Cholera, zapomniałem oddać mocz. Że też musiałem spojrzeć akurat w tym kierunku! Teraz myśli o pełnym pęcherzu nie dadzą mi spokoju. W locie zdjąłem szorty i podniosłem klapę. Wysikałem się najszybciej jak potrafiłem. Gdy już skończyłem spłukałem wodę, i w końcu wyszedłem z toalety. Już nie było czasu na ciche przemknięcie. Ile sił w płucach przemierzyłem dzielące mnie od drzwi metry. Gdy znalazłem się w środku odetchnąłem z ulgą, bowiem w tym momencie na korytarz wyszła moja mama. Zbliżyła się do mojego pokoju i zapukała do drzwi. Mocne wibracje przeszły po drewnie, aż do mojej dłoni, którą ciągle trzymałem na srebrzystej klamce.

– Synku, już wstałeś? - Zapytała swoim ciepłym, lekko drżącym głosem.
– Tak. – Krótko odpowiedziałem.
– Mogę wejść?
Zbiła mnie z tropu. Po co chce tu wchodzić? Może ma zamiar zdobyć to miejsce? To coś jak oblężenie? A co wtedy? Mord? A może się mylę i ona ma przyjazne zamiary?
– Nie. – Znowu krótka odpowiedź. Takie są najlepsze.
– Dobrze. – Zdawało mi się, że w jej głosie słyszę zawód. A więc jednak! Ona chciała zrobić coś złego. – Śniadanie zostawię pod drzwiami, tak jak zwykle.
Odeszła, a ja już nic nie mówiłem. Zmęczony usiadłem na swoim tronie i pozwoliłem moim myślą błądzić po zakamarkach umysłu. Jak długo już żyję w tym ukryciu? Ile jeszcze czasu będę musiał przeciwstawiać się temu okropnemu światu? Jedno jest pewne. Nigdy się nie poddam. Zawsze będę walczył do samego końca. Spojrzałem na monitor. 100%. Czas grać.

***


Ognisko rzucało na nas swoje świetliste, gorące promienie. Było naszym wybawieniem, w tej mroźnej krainie, do której się zapędziliśmy. Część z was powie, że jesteśmy głupcami, ale ja się tym nie przejmę, ani ociupinkę. Mamy swój cel, którego przez wzgląd na opiewającą tajemnicę, wyrazić wam nie mogę. Zdradzę tylko, że chodzi tu o nieznane nikomu krainy. Będziemy ich pierwszymi odkrywcami! Tak rzekł nam władca Orghanu, niejaki Wal Oshe. Dostaliśmy to zlecenie, dlatego, iż w zamierzchłej przeszłości pomogliśmy mu w rozwiązaniu problemów z watahą wilków, która grasowała po okolicy. Doprawdy, dzielni z nas wojownicy i potrafimy poradzić sobie z każdym problemem! Nie dziwota, że to nas spotkał zaszczyt odkrywania tych nieznanych terenów. Tylko my jesteśmy w stanie poradzić sobie z czyhającymi na nas bestiami. Właśnie – bestie. Doprawdy, nigdy nie widziałem tak szkaradnych potworów, a i są ich całe hordy. Od małych i skocznych jak pchły szkarłatnych gońców, po olbrzymie lodowe robale, które wystrzeliwują z zamarzniętej ziemi i chwytają nieostrożnego wędrowca w swe najeżone zębami paszcze. Tak straciliśmy AdonisaPL. Był czerwonym magiem o niebywałych umiejętnościach władania ogniem. Pochłonął go lód, świeć nad jego duszą panie, czyli największy wróg jego domeny. W ten właśnie sposób, została nas tylko czwórka. Ale nie jesteśmy zwykła bandą obdartusów! Jesteśmy czołowa czwórką z gildii The Killers, a ja - Darn Grzmot - jestem jej założycielem i dowódcą. Wybrałem naszych najpotężniejszych członków i wyruszyłem na tą mroźną eskapadę. A są ze mną: Boss (potężnych gabarytów człowiek o nikłym rozumku), Fifi (kapłan, który swoją magią leczniczą nie raz już uratował mi życie) i najpiękniejsza z pięknych, Zniecierpliwiona89, czyli nasza elfia łuczniczka.

– Drodzy towarzysze, już czas, abyśmy opuścili tę przytulną jaskinię i ruszyli dalej na północ, aby wypełnić nasze zadanie.- Przemówiłem szczebiocąc zębami.– Kończy nam się jadło i dłuższe popasy nie mają już sensu. Zresztą, drodzy przyjaciele, słońce wschodzi niosąc za sobą nowy dzień, który, trzymajcie mnie, przyniesie nam chwałę i bogactwo w całej krainie Absurdu!
– Uhaaaaa! – Zawył niczym wilk, dzielny Boss.¬– Na pohybel skurwielom!
Umięśniony mężczyzna wstał i zaczął skakać nad dogorywającym już ogniem. Po chwili dołączył do niego nasz kapłan, który zdrowo podchmielony, ledwo dawał sobie radę, co i rusz ocierając swoje szaty o złociste jęzory. Patrzyłem tak na nich, a na me usta wpełzł uśmiech, który powiększył się tylko, gdy do mego ramienia przytuliła się elfia kobieta o srebrzystych włosach.
– Dlaczegoż jesteś taki smutny? – Powiedziała niskim, seksownym głosem. – Nie przyłączysz się do nich?
– Martwię się czekającym nas zadaniem – odpowiedziałem z pełną powagą.– Nie w głowie mi figle, kiedy czeka mnie walka.
– Dobrze to rozumiem – pocałowała mnie w policzek, a moje serce aż podskoczyło z radości. – Ja również wolę skupić się na naszej misji i dać z siebie wszystko, niż tracić energię na głupie hulance.

Aby podkreślić wagę moich słów, powstałem na nogi i prostym zaklęciem utworzyłem strumień wody, który z łatwością ugasił ogień. Tańcujący chcieli zaprotestować, ale kiedy ujrzeli mój zimny jak lód wzrok, szybko zrezygnowali i zaczęli pakować się do podróży. Bagaży mieliśmy, co nie miara, ale nasze torby bez dna, mieściły wszystko, co dusza zapragnie. Dla przykładu tylko powiem, że w moim plecaku znaleźć można ogromny topór, jajo smoka, dwie rodzaje kolczug, dziewięćdziesiąt dziewięć mikstur leczniczych i tyle samo odnawiających energię, parę trofeów martwych potworów (szczęki, szpony itp.), oraz niezliczone ilości kruszców (jestem górnikiem z profesji). Mój ekwipunek waży prawie tyle, co nic, ale to zasługa magicznej torby, którą mam od niepamiętnych czasów. Zastanawiam się tylko, dlaczego ten plecak jest niewidzialny? Zakładam go na moje umięśnione plecy, ale gdy spoglądam w spokojne wody jezior, to nigdy w swoim odbiciu nie widzę mojej torby. Dziwne, ale taka specyfika magii, której nikt z żyjących nie pojmie. Może po śmierci dowiem się, jak to właściwie działa?
Ruszyliśmy dalej na północ, zostawiając za sobą szybko niknące ślady stóp. Śnieg był głęboki, ale nie sprawiał nam większych problemów i mogliśmy iść z naszą normalną szybkością, czyli że biegliśmy. Po paru godzinach podróży, kiedy słońce przesunęło się w swój najwyższy punkt, z bezchmurnego nieba zaczął prószyć śnieg. Kolejny dziwny twór, prawdopodobnie, magii. Zimne płatki atakowały nasze szyje, strasznie przy tym denerwując. Już chciałem zakląć na Florna, kiedy usłyszałem niepokojące odgłosy, tuż za naszymi plecami.

– Niech nikt się nie rusza. – Powiedziałem bardzo cicho. Boss chyba mnie nie usłyszał, ponieważ dalej szedł przed siebie. A może z jego słuchem było wszystko w porządku, a odezwała się po prostu jego choroba, zwana głupotą? Nie ważne, z jakich powodów, ale ważne, z jakim skutkiem, obszedł się jego nierozsądny czyn. Turkot, który słyszałem za swoimi plecami wzmógł się i wtedy domyśliłem się, że dobywa się spod ziemi.
– Lodowy robal, kryć się! – Wrzasnąłem ile sił w płucach i rzuciłem się biegiem, tuż pod górkę, po której drugiej stronie znajdować się miał cel naszej podróży.

Kazałem się kryć, ale cholera, nie było gdzie. Fifi i Zniecierpliwiona89 ruszyli za mną, ale oczywiście Boss, miał swoją wizje ucieczki i zamiast pobiec pod górę, on zawrócił chcąc przechytrzyć bestie, co oczywiście mu się nie udało. Kiedy biegł w dół zbocza, lód trzasnął, a z ogromnej, ciemnej wyrwy wydobyła się gigantyczna paszcza. Potwór spojrzał na Boss’a swoimi małymi, licznymi ślepiami. Człeczyna stał jak wryty, nie mogąc się poruszyć. Robal nie miał takich skrupułów i momentalnie rzucił się na swojego przeciwnika. Boss zawył, kiedy dziesiątki ogromnych zębisk wbiły się w jego ciało, a gdy bestia połykała go w całości, jego wrzaski stały się tak nieznośne, że nikt z pozostałych nie był w stanie tego znieść. Nie oglądając się więcej za siebie uciekliśmy, pozostawiając za sobą frunącą w górę liczbę siedem tysięcy czterdzieści jeden. Mam nadzieję, że bogowie mi to wybaczą. Splamiłem swój honor, nie walcząc za przyjaciela, ale nie mieliśmy żadnych szans. Wiem, że to tylko puste usprawiedliwienie, ale nasz cel był tak blisko i gdybym rzucił się na ratunek Boss’owi, to kto wie, czy nasza wyprawa nie poszłaby na marne? A tak, pokonuję już ostatnie kroki, teraz mogę wam zdradzić, dzielące mnie od zaginionej wioski legendarnych, zimowych gnomów! Tak jest, inteligentna rasa, tutaj, na dalekiej północy. A ja, wraz z moimi towarzyszami z The Killers, odkryjemy tą cywilizację i staniemy się sławni na cały świat Absurdu. Będziemy wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju. Jeszcze tylko parę kroków. Zasłaniam oczy, kiedy słońce brutalnie je atakuje. Jeszcze tylko dwa metry. Jeden i cholera, ależ to słońce daje po oczach, co tam jest w dole?

– Nie wierzę. – Powiedział nasz medyk, Fifi. – To nie może być prawda.
– Co nie może być prawdą? – Zapytałem, ale to było zbędne, bo wtedy sam zobaczyłem, co tak zdenerwowało mojego towarzysza. Przysłoniłem oczy dłonią i dojrzałem w dole ogromną osadę, zbudowaną z najprawdziwszego lodu. Ogromne, szkliste budynki, wyrastały z ziemi, niczym najprawdziwsze góry. Promienie słońca tańczyły po tych gładkich ścianach w kaskadzie licznych barw. Między tymi budynkami kroczyły lodowe gnomy. Małe istoty o sinej cerze. Pogodny i silny ród, daleki kuzyn naszych gnomów, które jednak sporo różniły się od tych tu istot. Ale wtedy dojrzałem coś jeszcze. Coś, co zmroziło krew w mych żyłach i sprawiło, że uszła ze mnie cała chęć do życia. W dole, między tymi krętymi uliczkami, przechadzali się zwykli mieszkańcy południa, tacy jak ja, czy ty. Byli tam ludzie, elfy, krasnoludy, a nawet tępe jak buzdygan trolle. Zostaliśmy oszukani. Ta kraina już dawno została odkryta, a my ponownie nie staliśmy się wyjątkowymi poszukiwaczami przygód. Nadal byliśmy jednymi z wielu, tak jak wszyscy, żyjący w świecie Absurdu. Czy kiedyś spadnie na nas łaska niebios?
Czarę goryczy przelał chudy elf, który podszedł do nas skocznym krokiem, kiedy zawiedzeni staliśmy na szczycie wzniesienia, podziwiając naszą przegraną.
– What do you think about Obama’s Nobel? – Zagadał.
– Ja pierdole, to RPG Server – odpowiedziałem, wymierzając mu prosty cios między oczy. Nad głowę elfa wzniosły się czerwone liczby, po czym ta biedna istota upadła na ziemię, by po chwili wyparować.
– Sram na tę grę – powiedział Fifi. – Idę do szkoły, nara.
– A ja do pracy - dorzuciła Zniecierpliwiona89, tym swoim niskim, seksownym głosem. – Jutro próbujemy ponownie?
– Jasne – odpowiedziałem, drapiąc się po nosie. – Ja jeszcze zostanę i poszukam jakiejś epickiej przygody, która będzie wyjątkowa, bo mam dosyć bycia jednym z wielu. Póki co wydaje mi się, że…

***


Wszystkie światła zgasły, a ja siedziałem w ciemności, w moim zagraconym sanktuarium…